Przychodzi baba ...
Przychodzi baba ...

Baba jak to baba - musi się wygadać, a że łatwiej mi pisać niż mówić, postanowiłam dzielić się z Wami, którzy zechcecie mnie odwiedzać, tym co mi po głowie chodzi tutaj właśnie. Tak więc będzie o babie, która się nie ma w co ubrać, o takiej która lubi gotować, o sierściuchach w domu, o wesołym i smutnym ... jak to w życiu bywa. Mam nadzieję, że będę miała z kim dzielić te wszystkie plotki i ploteczki, smuteczki i inne takie.

Poleć tę stronę na:

Ładowanie

 

Część pierwsza...

 

Był ślub, cywilny, bo przecież pan młody po rozwodzie. Tak ślub jak i wesele żałosne – jak cały ten związek. Wieczoru panieńskiego, ani tradycyjnej „korony" Gąska nie miała, bo ani nikt o tym nie pomyślał, ani nikt nie pamiętał. „Młody" spóźnił się tak, że mały włos to i ślub by był opóźniony. Wesele też było „boskie". Na początek przy tradycyjnym toaście i rzucaniu kieliszkami „na szczęście"... kieliszki potłukły się dopiero za trzecim podejściem. Potem, kiedy zaciążona panna młoda poszła chwilkę odpocząć, „młody" nie marnował czasu, tylko podrywał panienkę w recepcji. A kiedy goście wracali z wesela w nocy, była taka mgła, że trzeba było iść przed samochodem i po omacku szukać drogi. Same złe znaki.
A Gąska wcale nie upierała się przy ślubie, ani jej Rodzice nie napierali. W sumie to „tatuś" się uparł, że samej Gąski nie zostawi. Hahahahaha...

Kilka lat później zaprzyjaźniona chiromantka, powiedziała jej że tego ślubu miało po prostu nie być. Dziecko – tak, ślub-nie. No cóż, mądry Polak po szkodzie..

A po ślubie nastało sielskie życie. To znaczy miało nastać, bo po powrocie do domu i do rzeczywistości, czar prysł.
Zaczęły się jakieś intratne interesy, genialne oczywiście. Ale niestety, zawsze coś było nie tak. Zawsze coś, jak u Jacusia z reklamy. A to brat go wpuścił w nieudany interes, a to ktoś towar ukradł. Ale Gąska nabyła też nowych doświadczeń, kiedy z wielkim brzuchem handlowała chińskimi butami na targu. Nabyła też sporych umiejętności kulinarnych, gotując dla jego znajomego po leczeniu AA. Nota bene, był to bardzo dobry człowiek i okazał się jej jedynym chyba przyjacielem w tamtym czasie. Niestety wrócił do nałogu.
Były też inne atrakcje. Na przykład wizyta na policji w sprawie podejrzenia o gwałt. Kolejne wizyty Cyganów w sprawie zaciągniętych długów. Trzydniówki, kiedy Gąska przez całą noc stała w oknie czekając na kochanego męża. Można by jeszcze wymieniać i wymieniać... ale po co.
Przyszedł termin porodu. Oczywiście mężuś pojechał gdzieś w interesach, całe szczęście, że mogła poprosić o pomoc koleżankę. Ale w tak zwanym międzyczasie napatoczył się też znowu Cygan, Majo który przyszedł po zwrot długu. Kiedy zorientował się, co się dzieje też został, żeby w razie czego pomóc. Zaprowadził ją na porodówkę i powiedział, że jej dziecko będzie miało szczęście w życiu, na co Gąska obiecała mu, że jeśli tak nie będzie to ona go znajdzie na końcu świata...
Przyszedł na świat śliczny chłopczyk. Pierwsze spełnione marzenie Gąski, zawsze chciała mieć syna.
Przyjechała jej mama, żeby pomóc córce po urodzeniu dziecka, to przecież normalne. Ale w tym domu nic nie było normalne. W domu pojawiło się dziecko i wzmogły się kłótnie, bo jak jest dziecko to potrzebne są pieniądze, na głupie pieluchy, na jedzenie na milion innych potrzebnych rzeczy. Tatuś nie miał nawet czasu, żeby iść zapisać dziecko w USC. Poszła Gąska, ledwie jeszcze chodząc. Nic to...
Po 3 tygodniach uległa wreszcie namowom Mamy i postanowiła na jakiś czas jechać do rodzinnego domu z dzieckiem. Na jakiś czas... póki się sytuacja w interesach nie - unormuje...
- Będę w środę kochanie ... trzymaj się...
To „będę w środę kochanie..." trwa do dziś. Było to 20 września 1991 roku. Dodam jeszcze, że ślub był 6 kwietnia 1991r...

Napiszę jeszcze ciąg dalszy tej historii, bo jest w niej happy end...



Komentarze

Wpisz kod
* Pola obowiązkowe
Brak wpisów.